wtorek, 9 lipca 2013

CHAPTER ONE

    Snipers    


Cały dzisiejszy dzień razem z mamą i Charlim -moim ojczymem na wypakowywaniu rzeczy i doprowadzaniu naszego nowego domu do porządku, bo oczywiście mojej kochanej siostrzyczce-Wyczuwacie ten sarkazm?- Się nie chciało. To nie fair, że ci młodsi zawsze dostają to czego chcą
 Jutro niestety jest…jak to moja mama powiedziała?...A. Tak „Mój wielki dzień”. A mianowicie pierwszy dzień w szkole tu w Stratford. Boże przeklinam tego kto wymyślił szkołę! Nienawidzę tego, że ktoś na siłę wypycha nasze umysły „wiedzą”. Nienawidzę w ogóle tego, że ktoś mnie do czegoś zmusza! Niestety jestem wybuchowa. Czasami są ze mną problemy wychowawcze-czytaj ZAWSZE.- Nie to co z moją siostrą Megan. Ona w oczach rodziców jest cud stworzeniem dosłownie aniołem, a w moich potomkiem diabła. Dosłownie czyste wcielenie szatana, ale doba koniec gadki o niej! Może opowiem wam trochę o mnie? Więc tak. Jestem Isabella. Dla przyjaciół Bella lub Bells, jak kto woli. Przeprowadziłam się z Londynu do Stratword z powodów takich iż Charli posiada tu dość dużą firmę. Przenieśliśmy się tu tylko dla ułatwienia.; Mam 18 lat -19 w styczniu. Dokładnie pierwszego. Może myślicie, że fajnie urodzić się w nowy rok, ale się mylicie. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale w nowy rok nie czuje się jakby były moje urodziny tylko jak zwykły nowy rok.- Moja mama nie pracuje, ponieważ to nie jest konieczne, za to zajmuję się domem.; Dobra trochę się nagadałam idę spać. Dobranoc.
&&&
Usłyszałam skrzyp drzwi i coś trącające mnie w ramie
-Wstawaj! Mała czas do szkoły.- Otworzyłam oczy i zobaczyłam Charciego uśmiechającego się do mnie życzliwie. Również się uśmiechnęłam i usiadłam na moim dość przydużym łóżku.
-Ale mi się tak strasznie nie chce.- Ziewnęłam i się zaśmiałam. Ten poklepał mnie po ramieniu.
- No wstawaj mała. Bo będę musiał użyć na tobie środków specjalnych.- Wiem co ma na myśli! Również wymysł szatana! Łaskotki.
-Nie dziękuję!- Od razu tak jakbym ożyła, bo tak szybko zerwałam się na równe nogi jakby obok mnie był zabójca.- Lecę się ubrać. Za ile mam być na dole?- Przygryzł wargę by stłumić chichot.
-Za pół godziny wyjeżdżamy, ale coś może jeszcze zjesz? Może zrobić ci tosty?- Uwielbiam go za to że jest opiekuńczy, ale nie nadopiekuńczy. Nigdy mnie nie kontroluje i lizy się z moim zdaniem. Daje mi swobodę której mój prawdziwy ojciec mi nie dawał.
-Nie, nie  jestem głodna. Ale dziękuję.-Pocałowałam jego policzek i wskoczyłam do łazienki. Rozebrałam się i wlazłam pod prysznic. Gorące krople spływały po moim nagim ciele.    
Prysznic zawsze mnie rozluźnia. Jestem w 100% pewna, że faceci będą się na mnie lampie tak jak w tedy kiedy po raz pierwszy poszłam do szkoły w Londynie. Nienawidzę jak ktoś się na mnie lampi bez powodu. To jest takie wkurwiające.
Wyłączyłam wodę, umyłam zęby i wyszłam z łazienki. Założyłam: Czarne rurki, szarą bluzkę „USA” i kilka ćwiekowych bransoletek. Tak. Uwielbiam ćwieki. Wzięłam swoją skórzaną torbę z książkami i zeszłam na parter po schodach. Już z pierwszego piętra dało się słyszeć śmiech mojego osobistego diabła. Tak dobrze Myślicie to Megan. Ominęłam 14-sto letnie coś opętanie przez szatana i weszłam do kuchni gdzie już od wejścia uśmiechnął się do mnie ojczym. Ogólnie miałam z nim bardzo dobre kontakty. Potrafimy śmiać się godzinami z byle czego. Zawsze mnie rozumie, i co najważniejsze(moim zdaniem) jest cierpliwy i to bardzo, bardzo cierpliwy. Nie wiem z czego, ale gdy sięgałam po jabłko zaczął się śmiać jakbym właśnie powiedziała coś mega zabawnego. Dobra czasami jego zachowanie mnie przeraża(XD)
-Wzięłaś swój kastet*?- Wychrypiał pomiędzy śmiechem a łapaniem powietrza. A tak zapomniałam wam powiedzieć kiedy jeszcze mieszkałam w Londynie byłam w paczce najbardziej przerażających w szkole. Taki mini gang. I tak zawsze noszę ze sobą jakąś broń czy to kastet czy nożyk. Zawsze mam coś czym mogę kogoś skrzywdzić. Chociaż nawet tego nie potrzebuję bo wystarczą zwykłe pięści.
-Dobra koniec tych żartów kochany.-Mruknęłam rozbawiona-Tato mój samochód już dotarł?- Tak nazywam go tatą. On to lubi, a ja nie mam powodów by go tak nie nazywać. Dla mnie jest tatą którego teoretycznie nigdy nie miałam.
-Szrofer powinien być za 10 minut.- CO KURWA?!
-Załatwiłeś mi szofera?- Spojrzałam na niego wzrokiem czy-ciebie-do-końca-pojebało?!
-Tak, ale do czasu najwięcej dwóch tygodni. Później dostarczą twój samochód i będziesz mogła jeździć sama skarbie.- Uśmiechnęliśmy się równocześnie i znów wybuchliśmy śmiechem. W tym momencie zatrąbił klakson samochodu i tata wyjrzał przez okno.-Tak szybko przyjechał? No cóż miłego dnia mała.
-Pa tato.-Pocałowałam jego policzek i wyszłam z domu. No można powiedzieć willi. Kiedy zbliżałam się do samochodu wyszedł z niego całkiem przystojny facet…Czy mnie do końca popierdoliło?1 To było ciacho! Blond włosy, niebieskie oczy i do tego napakowany i do tego gdzieś około 20. Ja tu zaraz zejdę.
-Witam panienko.- Uśmiechnął się. O Boziu! Pod wpływem jego uśmiechu uginają mi się kolana.
-Hej.- Odwzajemniłam uśmiech.-Proszę mów mi Bella.- Zaśmiał się i skinął głową.
-To co. Do szkoły?- Patrzył na mnie jakimś takim nie określonym wzrokiem. Lustrował mnie od góry do dołu i z powrotem. Zarumieniłam się.
-Ahhh…Niestety.-Mruknęłam a on się zaśmiał i otworzył mi drzwi. Poczułam się tak jakoś dziwnie. Nigdy nikt mi tak jakby nie usługiwał. Nie zaprzeczałam jego ‘sygnałom’ i wsiadłam do środka najzgrabniej jak umiałam. Jechaliśmy i jechaliśmy i jechaliśmy można było powiedzieć, że bez końca. Przyglądałam się niebieskookiemu i dopiero teraz zorientowałam się, że nawet nie wiem jak ma na imię.
-Serio ta szkoła trochę daleko.- Zachichotał i się uśmiechnął.-Tak w ogóle to jak masz na imię?- Zapytałam prosto z mostu jak to mam w zwyczaju. „Powiedz prosto, nie pierdol się”.
-Philip.- Wnętrze samochodu wypełniło się jego cudownym chrapliwym głosem. Myślałam, że tam zemdleje w tym aucie.
Po jakichś 20 minutach jazdy dotarliśmy na parking szkoły. Odetchnęłam i spojrzałam na Philipa.
-Dziękuję. Do zobaczenia.- Wyszłam z pojazdu i pomachałam mu.
Odwróciłam się przodem do budynku.
„Oddychaj głęboko”- pomyślałam.
Weszłam do dość dużej jak na moje oko szkoły. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to czerwone szafki i granitowa podłoga. Zobaczyłam kilkoro uczniów mniej więcej w moim wieku. Kilka Barbie, dwóch super przystojniaków, może ze dwie ubranie jak dziwki i kilku normalnych nie różniących się od reszty, ludzi. Podeszłam do jednego chłopaka z dłuższymi Brązowymi włosami i jasną karnacją. Uśmiechnął się do mnie na co ja również wygięłam swoje usta w przysłowiowego „banana”.
-Umm… Wiesz może gdzie jest sekretariat?- Jak chyba każdy dzisiaj musiał mnie obejrzeć od góry do dołu. Zagryzł dolną wargę. Po chwili się uśmiechał.
-Ty jesteś Isabella? Ta nowa?- Zapytał, a jego oczy tryskały ekscytacją. Lekko się skrzywiłam.
-Taa. To ja to wiesz może gdzie ten sekretariat?
-Jasne chodź pokarzę ci.- Był jakiś dziwny. Taki...taki…no po prostu dziwny!
-Jak masz na imię?
-Matt- Odpowiedział i szedł dalej
Pociągnął mnie za rękę przez cały korytarz. A ludzie stojący na nim mnie tak wkurwiali! Lampili się ciągle! NO KURWA TROCHĘ PRYWATNOŚCI! Nie pozwoliłam się im gapić na mnie jak na jakiegoś psychoza czy coś!
-No to ten pokój idź zaczekam na ciebie.- Uśmiechnął się-Przyda ci się ktoś kto cię oprowadzi- Kiwnęłam głową, zapukałam do drzwi i weszłam. Siedziały tam dwie blondyny gdzieś około trzydziestki. Spojrzały na mnie z wymuszonymi uśmiechami. Nie wiem czy spowodowanie było to moimi tatuażami czy strojem czy może całokształtem. Ehh… Niektórzy ludzie są dziwni.
-W czym mogę pomóc- Spytała jedna z nich. Uśmiechałam się ciągle choć nie chciałam.
-Ehm…Przyszłam po swój harmonogram.-Powiedziałam a ta druga się dziwnie popatrzyła.
-Imię i nazwisko.-Bez żadnych skrupułów. Mówię wam jej twarz nie wyrażała niczego.
-Isabella Trench.- Odpowiedziałam szybko. Dała mi mój plan zajęć i kod do mojej szafki. Odwróciłam się i czym prędzej wyszłam. Oparłam się o ścianę i zmazałam ten fałszywy uśmiech z mojej twarzy.
-W końcu mogę przestać się szczerzyć.-Mruknęłam do siebie, ale wydaje się, że Matt też to słyszał.
-Co masz pierwsze?- Spojrzałam na plan.
-Chemia 240a z Turnerem.- Ta szkoła jest AŻ taka wielka?! W mojej starej ledwo mieściła się setka sal.
-Też mam chemie.-Uśmiechnął się- Chodź zaprowadzę cię.
Szliśmy i szliśmy i szliśmy i szliśmy. KURWA! Długo jeszcze?! Ciągle tylko schody i schody, korytarz, schody i schody i tak w kółko!
-To tu. –Wskazał na drzwi. Spojrzałam na zegarek w telefonie za minutę dzwonek. Uff… zmachałam się.
-Dzięki.- I zadzwonił dzwonek.Grrr!- Chodź!
Weszliśmy do Sali. Pierwsze co usłyszałam to gwizd i szepty jedne od chłopaków „Gorąca ta nowa”, a inne od plastików „Ja mam większe cycki!”
Powoli zmierzałam do biurka Turnera.
-Usiądź koło mnie!- Krzyknął jeden dość napakowany chłopak o jasnych włosach. Popatrzyłam na niego tak zimno a za razem tak ostro, że zrobił się blady jak ściana.
-Haha! Ona usiądzie ze mną!- Śmiał się jeden. Wyglądający na Latynosa. W jego kierunku tez posłałam zabijające spojrzenie. Wystraszył się i zamknął. Dałam wyłysiałemu nauczycielowi kartkę do podpisu, że byłam pierwszego dnia na jego lekcji. On się uśmiechnął niczego nieświadomy. Będzie piekło.
-Usiądź sobie z kim chcesz.- Oczywiście miałam pewien wybór pomiędzy napakowanymi licealistami, ale z nimi nie chciałam siadać. Już to widzę. Odciśnięty na czole kastet albo rozcięta ręka.
„O mój boże wybawienie”- pomyślałam kiedy zobaczyłam na końcu Sali wolne miejsce obok chłopaka z ciemnymi włosami i dużą ilością tatuaży. Przypominał mi trochę o mojej paczce przyjaciół z Londynu.
Podeszłam do ławki nawet nie patrząc na chłopaka. Opadłam na krzesło. Turner zaczął coś gadać, ale ja go olałam jak to zawsze nauczycieli.
-Po co tu usiadłaś?- Wysyczał.
-Wolisz mieć bliższe spotkanie z kastetem czy moim nożem?- Chyba go zatkało.
-Bo ty umiesz się nożem posługiwać.- Sięgnęłam do mojego buta. Chwyciłam nóż i rozcięłam jego rękę. Na co przestał się śmiać i spoważniał. Spojrzał na mnie z miną co-to-kurwa-miało-być?!
-Mówiłam kastet albo nóż. Sprowokujesz mnie jeszcze raz a nie zawaham się poderżnąć ci gardła. Nie na darmo nazywają „Ruthless*”- Z moich słów skapywał jad. Wzdrygnął się i już więcej się nie odezwał. Wyjęłam słuchawki i włożyłam do uszu. Akurat leciało „Through The Never-Metallica”. Poczułam, że ktoś mnie obserwuje. No tak był to ten sam który przed chwilą miał styczność z moim nożem. Gapił się na moja wytatuowana rękę. Spojrzałam przez okno i zobaczyłam postać ubrana na czarno z lornetką skierowaną w moją stronę.
-Kurwa-Mruknełam- Snipers’i – Chłopak spojrzał na mnie przerażony.
-Też miałaś z nimi styczność?!- Prawie się wydarł, ale zdążyłam uciszyć go zasłaniając mu dłonią usta.
-Zamknij się. Oni maja podsłuch w budynku- Zasyczałam przez zaciśnięte zęby.  Kiwnął głową.
-Jak na nich wpadłaś?
-Kiedy byłam mała mieszkałam tu w Kanadzie i razem z przyjacielem kiedy mieliśmy po 14 lat zrobiliśmy im na złość. Rok później musiałam wyjechać do Londynu w interesach, ale oni nawet tam mnie obserwowali. Teraz wróciłam z powrotem i widzę kurwa, że już to wiedzą.- Z każdym słowem moja frustracja rosła.
-Spokojnie.-Złapał mnie za rękę. Huh?! On mnie dotknął! Zabij go no dalej! KURWA MUZGU! OGAR!!!- Po lekcji pójdziesz ze mną do „Shadow’a”.- Skąd ja znam ten kryptonim?-Jestem Trevor
-O! Patrz! Dzwonek! Idziemy!-Dopiero po mojej wypowiedzi faktycznie zadzwonił. Szybko wybiegłam z Sali.
Chłopak nie mógł za mną nadążyć. Po chwili poczułam dość silny impuls.
Wstałam. Dopiero teraz chłopak dogonił mnie.
-Uważaj kurwa jak chodzisz.- Syknęłam na tego kto na mnie wpadł. Pochylił się na de mną ze złością w oczach. Pfff... On mi co najwyżej może nagwizdać.
-Wiesz kim ja kurwa jestem?!- Wrzasnął. Trevor próbował mnie od niego odciągnąć. Tylko nie wiem w jakim celu. Czy po to żebym go nie zabiła czy po to żeby mi nic nie zrobił...
-No właśnie nie kurwa. Oświeć mnie!-Syknęłam z całą złością jaką w sobie cały czas dusiłam.
-Jestem „Incubus*” przyjaciel „Shadow’a*”- Jeszcze jedno słowo, a go zabiję dosłownie. Rzucę się na niego z nożem na szkolnym korytarzu.
-A tobie mówi coś kryptonim „Ruthless”?-Już miałam mu nawrzucać, a później zadźgać nożem.-A po za tym świetnie się składa bo właśnie do niego idę.- Uśmiechnęłam się szyderczo i podeszłam do Trevora. Mina tego... Jak mu tam? A...”Incubus” Jego mina BEZCENNA.
-Bells. Spokojnie. Chodź.- Powoli wziął moją rękę i prowadził dalej przez korytarz. W końcu po przejściu przez cały korytarz doszliśmy do wielkiego okna pod którym była grupka ludzi z „Shadow’em” jak mniemam na czele.
Podeszłam bliżej. Podniósł wzrok. Moim oczom ukazały się karmelowe oczy. O MÓJ BOŻE TO ON! TERAZ JUŻ WIEM! To z tąd znałam jego kryptonim. Zaczęłam się drzeć.
-JUSTIN?!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
ZOSTAWCIE PO SOBIE KOMENTARZ ;D
~SWAG



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz